1:0, 2:0, 3:1 dla Pawłowskiego. |
|
1:0, 2:0, 3:1 dla Pawłowskiego. Złoto skrzyło się pełnią blasku. Już o niczym innym nie myślał tylko o jak najszybszym zakończeniu najważniejszej walki w sportowej karierze. Poniosły go nerwy, osłabił czujność. Sam nie wiedział, w jaki sposób przeciwnik zadał pod rząd trzy trafienia i objął prowadzenie 4 : 3. Koniec? Nie, to niemożliwe! Zacisnął zęby aż do krwi, wykrzesał ostatnie rezerwy energii i ostatecznie zwyciężył. Medal był jego!
„Pytają mnie niejednokrotnie przy różnych okazjach - mówi Pawłowski - co człowiek czuje, kiedy stoi na samej górze, na samym szczycie podium i grają hymn państwowy, a w górę wędruje biało-czerwona flaga? Nie wiem, dalibóg nie wiem. Są to przeżycia niezwykłe. Wzruszenie wynagradza nie tylko wysiłek bez miary i długie lata wyrzeczeń. Daje radość, która rozsadza pierś. Człowiek by ryknął na całe
gardło w ten falujący tłum, wszystko jedno co, byle jak najgłośniej, byle poleciało jak najdalej..."
W olbrzymiej stercie depesz, które przyszły z Polski, odnalazł jedną i przechowuje ją po dziś dzień. Treść telegramu brzmiała: „Godnemu, wspaniałemu następcy przesyła z zaświatów najserdeczniejsze gratulacje.- Mały Rycerz". Nikt nie mógł mu sprawić niczym, większej satysfakcji. Rozkochany w Wołodyjowskim do tego stopnia, że własnemu synowi dał na imię Michał, przycisnąłby tego wieczoru cały świat do piersi. | | |